piątek, 17 października 2008
kurka-złotipiórka
istnieje kura, która znosi złote jajka. złota jest jednak tylko sama skorupka, zaś wnętrze prezentuje się całkiem zwyczajnie - jak w każdym innym jajku.
wtorek, 27 lutego 2007
Martwe Robaki
swego czasu w mieście żył mag. zamieszkiwał wieżę wznoszącą się wysoko ponad okoliczne zabudowania, był bowiem osobą niezwykle dumną i ambitną. posiadł też niezwykłą biegłość w swej profesji tak, że dysponował wiedzą i umiejętnościami niedostępnymi dla większości innych jej adeptów. pośród rozlicznych szlachetnych przymiotów naznaczony był jedną wadą - nade wszystko pożądał władzy nad duszami.

pragnienie to zawładnęło nim całkowicie. z czasem nie był w stanie poświęcić się niczemu innemu, na niczym innym skupić myśli. magowie nie byli osobami towarzyskimi - nie pragnęli ani obecności śmiertelników ani osób parających się naukami tajemnymi. z rzadka jedynie przywoływali demony z którymi handlowali, wiedli uczone dysputy lub grywali w szachy albo w taroka, toteż jego dziwne zachowanie nikt nie zwrócił uwagi. mag tymczasem w swej pracowni wertował potężne stosy starodawnych traktatów i przywoływał demony oraz inne istoty z coraz to odleglejszych rejonów Królestwa Cieni, w nadziei, że w końcu uda mu się poznać tajemnicę rządu dusz. nie sypiał dniami i nocami, jadał mało wiele, zaniedbywał obowiązki. wychudł i zmizerniał przybierając postać obciągniętego skórą szkieletu. jedynym w jego postaci, co wydawało się jeszcze zachować życie były oczy, w których płonął niezdrowy blask pożądania, jak ogień spalającego jego wnętrze.

któregoś ranka do komnat maga wszedł sługa przynoszący, jak co dzień, tacę ze skromnym śniadaniem. ku własnemu przerażeniu znalazł ciało swego pana siedzącego z opuszczoną głową przy biurku nad stertą pożółkłych papierów. ciało wydawało się być zeschłe, podobne mumii z której czas wyplenił wszelkie świadectwa niegdysiejszego życia i wilgoci.

z tego martwego ciała wypełzły Martwe Robaki, zrodzone z niemożliwej do zaspokojenia rządzy maga. jedynym co mogło podtrzymać ich nieszczęsną egzystencję były żywe ludzkie dusze, z pragnienia władzy nad którymi uzyskały swój martwy byt. samo ciało zaś wkrótce rozpadło się w pył.

tak więc doszło do sytuacji którą obserwować możemy po dziś dzień - Martwe Robaki pożerają żywe dusze.

sługa, związany przysięgą, nie mógł nikomu wyjawić tego co ujrzał, ani nikogo przestrzec przed zagrożeniem, którego sam nie pojmował. niedługo padł jako jeden z pierwszych ofiarą Robaków. posesję maga uznano za opuszczoną. przejęto ją na rzecz miasta, wieżę wyburzono nie troszcząc się o pozostawione w niej dokumenty, a teren przeznaczono pod budowę nowo powstającego centrum handlowo-rozrywkowego z kinem i kręgielnią. o samym magu niewielu pamiętało i nikt nie zainteresował się jego losem.

do dzisiejszego dnia wielu nie zdaje sobie sprawy z istnienia Martwych Robaków i z zagrożenia jakie stanowią one dla żywych.
poniedziałek, 15 stycznia 2007
Makrela Jędrusik
Siostra bliźniacza wspaniałej piosenkarki i aktorki Kaliny Jędrusik. Zaginiona. Za młodu wypadła z toalety pociągu kolei transsyberyjskiej relacji Moskwa-Władywostok, którym to jechała wraz z rodziną. Poniosła by niechybną śmierć w śnieżnej zaspie, gdyby nie ocalili jej przejeżdżający akurat w pobliżu psim zaprzęgiem Czukcze. Przygarnęli ją i wychowali jak swoją. Gdy dorosła odebrała stosowne nauki i została plemienną szamanistką. Świadkowie relacjonują, że podczas jednej z szamańskich podróży została pochłonięta przez astralnego robaka (z okresu tego pochodzi jedyna zachowana fotografia Makreli). Dalsze jej losy pozostają nieznane.
poniedziałek, 25 września 2006
monoceros

z datą wczorajszą (24.09.06, rano) zamieszczam

Przebywam w pewnej zamiejskiej okolicy. Wędruję poprzez tereny położone wśród pól, łąk i lasów; bliżej nieokreślone, ale ładne, malownicze. Na polach coś rośnie, na łąkach pasą się zwierzęta, osobliwie, uwagę zwracają kozy. Idąc tak docieram do lasu, w którym natrafiam na polanę, na obrzeżach porośniętą gęstymi chaszczami. Z gąszczu tego dochodzą niepokojące szelesty. Postanwaiam zbadać ich źródło. Po pobieżnych oględzinach całego miejsca zauważam jakby fragment zwierzęcia. W pierwszej chwili odnoszę wrażenie, że to jedna z kóz, która odłączywszy się od widzianego wcześniej stada, aż tutaj zawędrowała. Wkrótce dostrzegam jednak całą kryjącą się w gęstwinie postać. To On - Jednorożec. Aparycja faktycznie lekko kozia (jak to u jednorożców?) ale pozatym zgadza się wszystko: lśniącobiała sierść, z czoła wyrasta spiralny róg kryjący karbunkuł - istotę i sedno, poniżej para wielkich oczu o dostojnym spojrzeniu. Oczy te mnie spostrzegają i po chwili ich właściciel potężnym susem rzuca się do ucieczki. Próbóję go doścignąć, lecz jest to daremne.


czwartek, 22 czerwca 2006
direptio
miasto (Warszawa? chyba jednak nie, choć momentami podobne) ogarnięte zamieszkami. wszędzie grasują bandny nożowników którzy rabują, mordują, palą i generalnie robią wszystko co zwykło się robić w takich okolicznościach. razem z grupą znajomych chcemy przedostać się w bezpieczne miejsce, którym jest położony na pobliskim wzgórzu klasztor. przekradamy się bocznymi uliczkami aby uniknąć kłopotów, jadnak w pewnym momencie napotykamy atakujących nożowników, osobliwie pod wodzą ciecia odemnie z bloku(?). ratuje nas niezwłoczne wycofanie się na z góry upatrzoną pozycję, i po pewnym czasie docieramy do wejscia na most prowadzący do klasztoru.

most, a wlasciwie raczej coś w rodzaju starego akweduktu, biegnie nad przepaścią. wejście nań jest częściowo zawalone tak, że trzeba się wspinać. całość konstrukcji jest wąska, śliska, zarośnięta i dodatkowo najeżona wystającymi zewsząd metalowymi prętami na które można się nadziać przy nieuważnym kroku. do tego dochodzi jeszcze mój lęk wysokości. naprawde wolał bym inną drogę. niestety ta jest akurat jedyną dostępną - pozostałe są zablokowane przez napastników lub też przez strzegące klasztoru mniszki. jest jeszcze jedna droga prowadząca przez cmentarz znajdujący się na stromym zboczu wzgórza klasztornego, ale tamtędy nikt nie chce chodzić...

ostatecznie, nie wiem dokońca jakim sposobem, mam wrażenie, że głównie dzięki pomocy ludzi, udaje mi się przebrnąć razem z nimi przez most i wszyscy bezpiecznie docierają do klasztoru. co dziwne, wewnątrz okazuje się on wcale nie niezdobytą fortecą, tylko dość zwyczajnym mieszkaniem, chyba na poddaszu w starej kamienicy.
sobota, 03 czerwca 2006
plica polonica
okazało się, że ludzie jakimś dziwnym sposobem zyskali powszechnie zdolności telepatyczne - jeśli wpatrywać się dłuższą chwilę komuś w oczy to można swobodnie wymieniać z nim myśli bez konieczności rozmowy. dowiedziawszy się o tym niezwykłym zjawisku postanawiam sprawdzić czy w istocie sytuacja taka ma miejsce. nie wiem tylko dlaczego za cel swoich doświadczeń obrałem nie żywą osobę, lecz czyjeś oblicze wymalowane na plakacie, zdaje się, że wyborczym w dodatku. oczywiście bez żadnego efektu (chyba w myśl powiedzenia: "gadał dziad do obrazu, obraz do niego ni razu). zirytowany niepowodzeniem wyżaliłem się znajomej, która z miną znawcy orzekła, że aby telepatyczny patent zadziałał trzeba zahodować sobie na głowie plica polonica, tj. kołtun polski.

podejrzana sprawa - czyżby skołtunienie było niezbędne dla właściwej komunikacji z innymi ludźmi?
sobota, 27 maja 2006
telefon
dzwoni mój telefon. wyjmuję go aby sprawdzić, któż to mnie niepokoi. okazuje się, że to F. - z dawna niewidziany znajomy, z którym ponad rok temu zerwałem wszelkie kontakty w wielkiej nieprzyjażni i w dosyć burzliwych okolicznościach. (co ciekawe, wpis w telefonie jest pod kompletnie inną nazwą niż w rzeczywistości). przez chwilę biję się z myślami, odbierz - odrzuć, po czym jednak odbieram.
- Tak, słucham?
w tej samej chwili orientuję się, że za oknem trwa istne pandemonium. najwyraźniej na podwórku szaleje jakaś ekipa z kosiarkami, piłami spalinowymi i młotami pneumatycznymi, która kosi, piłuje i kuje. poprzez tę kakofonię, w słuchawce udaje mi się usłyszeć jedynie niezrozumiałe urywki słów. próbując przekrzyczeć hałas proszę mojego rozmówcę aby zadzwonił za pół godziny, po czym się rozłączam.
wtorek, 25 kwietnia 2006
double-decker

uh, nareszcie ponadtygodniowa zła passa "bezsennych" nocy została przełamana, i to w pięknym stylu bo snem piętrowym. sen piętrowy zdarza się niekiedy, gdy budząc się ze snu w istocie znajdujemy się dalej we śnie mniej lub też więcej związanym z tym poprzednim. dopiero kolejne przebudzenie przenosi śniącego w miejsce zwane, z nie do końca wiadomych powodów, jawą. "pięter" może być wszelako więcej niż dwa. mnie osobiście zdarzyły się kiedyś trzy, a znane są przypadki gdy kolejne senne poziomy mnożą się niczym figury w kalejdoskopie. przykładem niech będzie niesławna, opisana po raz pierwszy przez Stanisława Lema "Mona Liza, czyli labirynt słodkiej nieskończoności", którą wyrychtował cyberner Chytrian dla zguby tyrana Rozporyka.

ale przejdźmy do rzeczy. mieszkam w mieszkaniu dziadka na warszawskiej Ochocie. okazuje się, że drzwi w drzwi mieszka niejaki o. Jan Król CSsR, prawa ręka ojdyra Tadeusza Rydzyka i główny finansista Radyja Maryja i powiązanych z nim instytucji. pseudonim "Makler". jako, że od dłuższego czasu zajmuję się śledzeniem ich ciemnych machlojek, nie przepuszczam żadnej okazji aby go poobserwować, a nuż się coś nowego wykryje. faktycznie, tak jak donosiły gazety, o. Król zajmuje się głównie grą na giełdzie. wstaje bladym świtem, udaje się na tę giełdę gdzie obraca wielkimi sumami pieniędzy, wraca zaś wieczorem albo i późną nocą. widocznie to bardzo praco i czasochłonne zajęcie.

któregoś wieczoru, jak zwykle, jako wytrawny badacz radiomaryjnych obyczajów, siedzę przy judaszu i wyglądam powrotu ojca Jana. słyszę na schodach jego kroki po chcwili zaś dostrzegam całą jego postać. taszczy wielką, żółtą teklamówkę (zdaje się "Polskie Książki Telefoniczne") wypchaną grubymi plikami banknotów o wysokich nominałach. ha! potwierdziły się z dawna wysnuwane przypuszczenia i plotki co do podejrzanej działalności finansowej Redemptorystów! chyba z podekscytowania tym, jak by nie patrzeć przełomowym, odkryciem budzę się.

tym razem już u siebie w pokoju, we własnym łóżku. chwilę zastanawiam się nad dziwnością tego snu (skąd nagle jakieś radyjomaryjne historie się przyplątały?), po czym niespiesznie, acz ciesząc się z przełamania bezsennego okresu, siadam przy komputerze by rzecz całą opisać. jednak w połowie pisania nachodzi mnie kolejne przebudzenie.

nieco zdezorientowany podnoszę się z pościeli w moim pokoju i ponownie po chwili zastanowienia siadam przy komputerze. zacząłem pisać powyższe słowa.

tym razem to już chyba rzeczywistość(?). wszystko jest zbyt realistycznie jak na sen. nie wiem. dosyć niepokojące, muszę przyznać. czy faktycznie można utknąć w wielości światów zaludniających Królestwo Cieni, nie mogąc znaleźć tego właściwego z którego się przyszło tak, jak to się, mniej lub bardziej zasłużenie, przydarzyło nieszczęsnemu Rozporykowi za sprawą Mona Lizy?

może zróbmy tak, że jeśli ktoś to przeczyta to niech mi da znać, czy to nie sen, ok? szczypaniu jakoś nie dowierzam. budzikowi który właśnie, uprzednio nastawiony, się włączył też jakoś niezbyt. sny są jednak przebiegłe i chytre.

poniedziałek, 17 kwietnia 2006
riget

dziś był sen lekarski, mocno w klimatach szpitala "Królestwo". miałem iść zobaczyć się z moją lekarką i odebrać od niej wyniki badań w celu przekazania ich innemu doktorowi. trafiłem jednak nie do IGIChP na Płockiej, lecz do jakiegoś wielkiego, postindustrialnego szpitala. długo błąkałem się po jego niezmierzonych korytarzach. wokół same jakieś rury i technokratyczne instalacje, ale ani żywego ducha. zaszedłem chyba do działu radiologicznego, lub tez do magazynów ze starym sprzętem bo znajdowały się tam jakieś maszyny rentgenowskie, ogromne ale bardzo stare, właściwie przestarzałe. jedna nazywała się "Ewa" (a przynajmniej tak miała napisane, na takiej socrealistycznej tabliczce, jak na starych pralkach "Predom"). co ciekawe w tym śnie ja się znałem na tych wszystkich maszynach, rozpoznawałem modele i wiedziałem do czego służą. być może byłem technikiem(?) czy kimś w tym rodzaju.

po przemierzeniu kolejnych kilometrów korytarzy  odnalazłem rejestrację, jadnak abym mógł otrzymać swoje wyniki polecono mi napisanie podania do dr Latoszka (tego z "Na dobre i na złe"? nie wiem, nie widziałem go.). samego doktora nigdzie nie było a ja zupełnie nie wiedziałem jak takie podanie napisać. siedziałem z kartką i długopisem i coś tam smarowałem. w końcu podeszła do mnie jakaś młoda lekarka (ale też nie moja) i myślałem, że ona mi pomoże odzyskać te badania nieszczęsne, ale ona też kazała mi napisać podanie, tym razem do siebie. nazywała sie chyba dr Małgosia(?). w dodatku cały czas mówiła jakby szyfrem tak, że w ogóle nie mogłem się zorientować o co jej chodzi, poza tym, że o podanie.

nie wiem co było dalej, coś mnie musiało obudzić. wyników badań jednak ostatecznie nie dostałem, mam wrażenie 

sobota, 15 kwietnia 2006
theatrum

dzisiaj znowu wszystko jakieś bardzo nieostre i pocięte tak, że opowiem tylko ogólne wrażenia. byłem w jakimś teatrze, bardzo wielkim, starym i eleganckim. towarzyszyła mi mama. wystawiano zdaje się jakąś operę, niestety szczegółów co to było za przedstawienie kompletnie nie mogę sobie przypomnieć, pomimo wysiłków. my mieliśmy wejściówki i szukaliśmy wolnych miejsc aby na nich usiąść. znalazły się dwa obok siebie które zajęliśmy. pierwszy akt minął bez większych emocji, natomiast drugi odbywał się już w zupełnie innym teatrze. całkiem zmienił się rozkład widowni, inna też była scena, choć niby budynek ten sam. no ale co tu się dziwić, w końcu to teatr. przyszli też jacyś ludzie z biletami na nasze miejsca i mama musiała się przesiąść. nie wiem dlaczego usiadła wtedy tyłem do sceny (i część ludzi w ogóle tak siedziała tyłem, tak były fotele ustawione). zorientowałem się też, że pomiędzy widzami znajduje się również orkiestra(?).

nagle jakieś zamieszanie - na salę dostał sie pies. okazało się, że była to nasza suka, niejaka Fusia, strasznie znerwicowana istota. nie mogła znieść pozostawienia samej w domu, więc wyszła, odnalazła teatr, została wpuszczona(?) i na sali odnalazła swoją opiekunkę (mamę). co ciekawe cała ta scena peregrynacji Fusi została pokazana już po jej dołączeniu do nas tak jakby z lotu ptaka, jakby to była jakaś retrospekcja w filmie. przy okazji wyszło na jaw, że teatr w istocie znajduje się na warszawskim Placu Teatralnym w miejscu Teatru Wielkiego Opery Narodowej i nawet wygląda podobnie (jednak miałbym wątpliwości czy to napewno ten, zresztą jak wspominałem podlegał ciągłym  przemianom).

w skutek zamieszania z psem na widowni cały sen się jakoś dziwnie rozpadł, a jak się spowrotem scalił to w zupełnie innych okolicznościach. było to chyba na jakimś konwencie RPGowym i właśnie odbywał się larp wampirzy. ja grałem Malkavianem, który miał obsesję na punkcie liczb i liczenia. siedziałem sobie w kącie i liczyłem żeberka od kaloryfera. ale generalnie cały larp nie był zbyt udany bo się towarzystwo rozlazło dość szybko, a sen znowu zaczął dziwne rzeczy wyprawiać...

tak że to tyle. w sumie umiarkowanie dziwne. ciekawa sprawa z tą psią retrospekcją. może ona to opowiadała(?) poprostu? cięzko wyczuć

 
1 , 2